Start Ekipa Programy Newsy Polecamy O nas
Newsy

Z cyklu "eLO RMF poleca"

A może coś do słuchania? Nietypową recenzję płyty "The Path Of Totality" grupy KoRn serwuje Karol Kania.

- Uważasz więc, że jest coś, czego nie da się spoić?! – zapytał gniewnie Pogromca Mitów

- Tak. Ale skoro Ty, Pogromco w to nie wierzysz, spróbuj sam – długobrody skusił się na cyniczny uśmiech – weź spawarkę i połącz metal z dubstepem.

Pogromca zgodził się, doskonale bowiem wiedział, że nie ma rzeczy niemożliwych. Próbował więc ile sił, przez dnie i noce używał tego diabelskiego narzędzia, którym jest spawarka lecz efektów nie było widać. Minęły dwie wiosny, kiedy porzucił wszelkie nadzieje i zaczął zastanawiać się w duchu.

- Czyżby było to niemożliwe? – zapytał sam siebie roniąc łzę – Przecież nie mogę przegrać !

Wtedy zjawili się Oni. Czterech wspaniałych o włosach ciemnych jak noc, szatańskim spojrzeniu i butach cięższych od „drobnego” makijażu Jolanty Rutowicz. Jonathan "Hiv" Davis, James "Munky" Shaffer, Reginald "Fieldy" Arvizu oraz Ray Luzier, czyli jeźdźcy apokalipsy zwanej KoRn.

- Nie da się?! – krzyknął jeden z nich growlem, który obudziłby nawet zmarłego - No to my się, kurczę za to zabierzemy, obiboku – splunął - Spawarkę sobie zatrzymaj, nie jest nam potrzebna – od tego mamy Skrillexa, Noisie, czy Kill the Noise…

Zniknęli.

Koniec Części Pierwszej.

Parę długich miesięcy oczekiwań, ciekawość fanów sceptycznie patrzących na możliwość połączenia sztuki metalowej z zalewającym dyskoteki dubstepem i wreszcie sztuka zwana „The Path Of Totality”. Nasuwa się jednak pytanie: czy można połączyć tak odległe ze sobą gatunki w jedną całość bez naruszania ich najważniejszych cech? Odpowiedź brzmi: „Nie”, a w łagodniejszej wersji „Jeszcze nie”.

Na początku trzeba zaznaczyć, o co chodzi w „The Path Of Totality”. Sprawa jest prosta, a nazywa się ją próbą kolaboracji i w mojej opinii, to jest fundament dla zrozumienia wszystkiego, co znajduje się na krążku, który w wersji oryginalnej (bez bonus track) zawiera 11 utworów KoRn z udziałem podobnież najciekawszych przedstawicieli dubstepu. Co łączy oba gatunki, to na pewno fakt, że kompletnie niszczą one narząd słuchu każdej osoby znajdującej się w zasięgu 1,5km od źródła dźwięku. Poza tym są doskonałe do wyżycia się, dają „kopa”, pozwalają człowiekowi zajrzeć w głąb siebie ( czyt. ryją głowę ) i co chyba najważniejsze, odciąć się całkowicie od otaczającego nas świata. Co je dzieli? Tutaj lista jest długa. Po pierwsze sposób „przeżywania” dźwięków, po drugie emocje, po trzecie przekaz, po czwarte fakt, jak są tworzone, czyli szeroko-pojęta inspiracja, po piąte… etc. I tak oto w gąszczu podobieństw i różnic powstaje album, który musi zostać nazwany koncepcyjnym. Koncepcyjność polega na tym, iż KoRn wraz z zaproszonymi gośćmi musieli wyciągnąć to, co najlepsze z Metalu, oraz to, co najlepsze w Dubstepie, a następnie stworzyć symbiozę, która przyciągnie fanów pierwszego i drugiego gatunku. Założenie jest więc świetne, likwidujące różnice i pewną nienawiść pomiędzy ludźmi słuchającymi muzyki z instrumentów, a tymi, którzy zadowalają się jej w pełni cyfrowym odzwierciedleniem. I o ile jednak sam pomysł jest fajny i ciekawy, o tyle wykonanie po prostu jest i niestety nic więcej.

Nasuwa się tutaj syndrom roku 2011, a nawet lat wcześniejszych, czyli wieczny zawód wszystkich recenzentów, oraz fanów odnośnie (prawie) każdej nowej płyty wydanej przez zespół mający na koncie jeden, albo więcej genialnych albumów. Tak było z RHCP, Myslovitz, Coldplay, a nawet Foo Fighters i tak też jest z KoRn. Nie ma się czemu dziwić – sama płyta, po odpaleniu, zaczyna się rozkręcać dopiero przy piosence „Narcissistic Cannibal” z gościnnym udziałem Skrillexa i Kill The Noise. Co mamy wcześniej? Ciężko określić. Dla osoby słuchającej muzyki rockowej, czy metalowej jest to pewne przygotowanie, zapowiedź tego, co czeka nas w następnych kawałkach. Wszystkie utwory są przemyślane, mają swój własny, niepowtarzalny klimat, ale przy okazji są pełne szarości, żaden z nich nie wybija się ponad przeciętną. Czuć pewien równy poziom, którego nie udało się przekroczyć, przez co nie ma miejsca na zaskoczenie, które sprawiłoby, że powracamy do poprzedniej piosenki, aby zapętlić ją w nieskończoność. Co bardzo odpycha od płyty, to fakt że mało w niej KoRn, ale też mało w niej dubstepu - w prostym tłumaczeniu nie uświadczymy pełnej ekstazy gitarowych riffów, a jednocześnie strona elektroniczna nie wyrzuci nas w kosmos. Być może, gdyby autorzy mieli więcej czasu na przemyślenie albumu, mogliby się zdystansować, ochłonąć od weny twórczej i popatrzyć na niego z perspektywy nie twórcy, a odbiorcy, wówczas wszystko wyglądałoby inaczej.

Wydaje się więc, że „The Path Of Totality” to nieudana próba wydania czegokolwiek przez KORN, lecz nic bardziej mylnego. Muzyka nie jest odtwarzana tylko i wyłącznie na komputerze, czy innym sprzęcie domowym – słucha się jej również w czasie tak wielkich wydarzeń jak koncerty ulubionych artystów, a ten krążek na koncertach sprawdzi się idealnie – i to jest pewne. Już teraz snuję wyobrażenie o długowłosych metalach, ubranych w glany skaczących w rytm, drugiego z najbardziej podobających mi się utworów na płycie „Get Up!”, również z udziałem Skrillexa. Nie można też zapomnieć o fanach dubstepu (dubstepowcach?), którzy również są na takie przedsięwzięcie zaproszeni.

Nie jest to najlepszy album KoRn – o tym wiedzą wszyscy. Dla mnie jest to ciekawostka, wersja beta tego, co czeka nas w najbliższych latach, gdy metalowe riffy połączą się z dubstepem w idealnej symbiozie, która zniszczy bębenki słuchowe każdego fana. Taka kolaboracja nie może bowiem wyjść za pierwszym razem – zawsze znajdzie się błąd, uchybienie odrzucające przeciętnego słuchacza od danego utworu, czy nawet całej płyty. Mam nadzieję, że "The Path Of Totality" jest prawdziwym prorokiem ewolucji KoRn, który następnym razem zniszczy wszystkich nie tylko ideą, ale również i dźwiękiem.

Koniec części drugiej.

Autor: Karol Kania

 

 

Kontakt

Redakcja eLO RMF
al. Waszyngtona 1
30-204 Kraków

telefon: 12 2000 505
email: redakcja@elormf.pl